Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abelard II Reuwel Ezero. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abelard II Reuwel Ezero. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 lipca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Dziwnie czułem się w towarzystwie znajomych Nifenye. Nigdy nie lubiłem przebywać u obcych mi osób, jednak jeśli było to jedyne wyjście... Powinienem mieć do niej zaufanie, zwłaszcza w takich sprawach. Przecież nie przyprowadziłaby mnie w miejsce niebezpieczne, tak je chwaląc. Pogładziłem kciukiem jej dłoń, w dotyku przypominającą czysty jedwab. Niby gest skierowany w jej stronę, lecz to moim nadszarpniętym nerwom przyniósł ukojenie. Stałem tam jak kołek, przysłuchując się rozmowie trójki. Nawet gdybym chciał- nie potrafiłbym wydusić z siebie ani słowa. Byłem skrępowany, jak więzień wojenny, a jednocześnie dano mi swobodę, niczym dzikiemu zwierzęciu. Sam zaś wybrałem drogę pomiędzy tamtymi dwoma, jaką było słuchanie i próby opanowania się. Oto chłop wielki jak dąb czuł lęk przed poznaniem nowych osób, czy choćby wymienieniem z nimi kilku zdań. Dyplomacja nie należała do moich mocnych stron, wolałem posługiwać się orężem- łatwiej, wygodniej... Gdy dziewczyna stwierdziła, że czas wejść do środka, podążyłem za nią niczym cień. Przy tym musiałem się schylić, by nie uderzyć głową o futrynę. Dlaczego ludzie w Lao musieli charakteryzować się tak niskim wzrostem? Przy nich przeciętny wojownik metr osiemdziesiąt z Dest byłby wręcz gigantem, a co dopiero ja. Wędrówka zakończyła się w sypialni gościnnej. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie znalazłem tu osobnych łóżek, a jedno przeznaczone dla dwóch osób. I drzwi prowadzące do małej łazienki.
— Rozgośćcie się. Viria przyniesie wam suche ubrania. Kolacja za pół godziny!— Pani domu zasypała nas informacjami. Na wzmiankę o jedzeniu, zaburczało mi w brzuchu.— Musicie być wycieńczeni...
Pokiwałem głową, jakoby na potwierdzenie jej słów.
— Podróż potrafi wykończyć największego chojraka.— Zaśmiałem się cicho i podszedłem do pani domu.— Madame, dziękuję za gościnę. Jestem twym dłużnikiem, więc w razie potrzeby, proszę zwrócić się do mnie. Pospieszę z pomocą, jakom Abelard II Reuwel Ezero.— Ukłoniłem się nisko, jak nakazywał kodeks królewski mego kraju.
Niestety nadal ociekałem wodą, co musiało zostać zauważone. Kobieta obdarzyła mnie ciepłym spojrzeniem i opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi. Zostałem sam na sam z moją narzeczoną. Chwyciłem jeden z ręczników, narzucając go na ramiona mojej wybranki. Ostatnim czego bym chciał, fakt rozchorowania się tylko i wyłącznie z mojego powodu. Sam bez krępacji zrzuciłem górną partię ciuchów, przejeżdżając ręcznikiem po mokrej skórze.

⦓NIFENYE?⦔

czwartek, 20 lipca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Kolejna z nieznanych mi posiadłości, przez które dostawałem dreszczy. Nie wiem dlaczego, ale wzbudziła ona we mnie lęk. I to nie ten pozytywny, gdy wraz z przyjaciółmi wymieniałem się przeróżnymi strasznymi opowiastkami, lecz ten drugi- będący ostatnią prostą do posmakowania strachu. Do tego doszło jeszcze zachowanie mojej towarzyszki, która przez cały czas zdawała się przebywać w miejscu oddalonym o lata drogi od chwili obecnej. Zupełnie jakby ukrywała przede mną coś wprost przerażającego. Coś, o czym nigdy nie powinienem się dowiedzieć. Tylko dlaczego? Może przez to, że nasza znajomość trwa tak krótko, a jednak wiele już się pomiędzy nami wydarzyło. Obdarzyłem ją zaufaniem już na samym początku, idąc za nią w lesie, poprzez wyruszenie we wspólną podróż, aż po ukazanie swego drugiego oblicza. Jeszcze kilka minut temu, jadąc za nią, słyszałem cichutkie pociąganie nosem, jednak nie miałem na tyle odwagi, by podjechać do niej i pomóc. Zachowałem się jak tchórz, bojąc się odrzucenia. Więc, gdy złapała mnie za dłoń, odrzuciłem ją. Tak po prostu, jak największa szumowina. A jednak zamiast tego, objąłem ją ręką w talii, przybliżając do siebie. Pragnąłem znów poczuć ciepło bijące od Nifenye, ten słodki zapach przywodzący mi na myśl dom. Poruszyłem kciukiem, gładząc poły jej odzienia, delikatnie łaskocząc skórę pomiędzy tę kilkumilimetrową barierę. Chyba nie powinna być na mnie zła za tak śmiały czyn, wszak oficjalnie byliśmy narzeczonymi, osobami, które miały razem spędzić resztę życia.
— Wiesz, mógłbym spać nawet na gołej ziemi.— Zaśmiałem się pod nosem, dostosowując tempo chodu do jasnowłosej.— Ale najważniejsze, by tobie było maksymalnie wygodnie. Postaram się, byś zawsze czuła się bezpiecznie, nieważne, ile by mnie to kosztowało. Przysięgam na honor mego rodu, Jasnowłosa Nimfo. A tak poza tym... To jestem potwornie głodny. Zjadłbym konia z kopytami. Znaczy... Bez obrazy, chłopcy!— Odwróciłem głowę, by spojrzeć na dwa rumaki ociekające deszczówką. Jak zmokłe psy.

⦓NIFENYE?⦔

sobota, 8 lipca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Próbowałem dotrzymać tempa narzuconego przez moją towarzyszkę, co w pewnym momencie okazało się niemożliwe. Ewidentnie nie zamierzała dopuścić do tego, bym zrównał z nią krok. Odpuściłem, nie chcąc zanadto zmęczyć Chiefa. Sam koń powoli dawał znać o bezsensowności mojego uporu. Jeszcze chwila i zapewne stanąłby jak kołek na środku drogi, odmawiając dalszej podróży na jego grzbiecie. Co prawda mógłbym iść na piechotę, pod warunkiem, że ten wredny dziad wlókłby za mną swe zwłoki. Znając jego- prędzej dałby sobie grzywę uciąć, aniżeli postąpić w zgodzie z moim planem. Zadarłem głowę w górę, chcąc ujrzeć błękit nieba. Rozczarowałem się, bowiem zdążyło się ono skryć za zasłoną coraz to ciemniejszych chmur. Nie zwiastowały one niczego dobrego, a jedynie burzę lub bardzo mocną ulewę. Cóż... Wolałem tego uniknąć, mimo wszystko przez lata zdążyłem się odzwyczaić od niezwykłego klimatu panującego w Lao. I od chorób nękających obywateli tego intrygującego państwa. Zdecydowanie bardziej gustowałem w stonowanej pogodzie Dest, aniżeli nagłym jej zmianom. Kołysałem się w rytmie wybijanym przez kopyta karego, odpływając myślami w zupełnie inne miejsce. Powiew chłodnego wiatru wydał mi się niezwykle znajomy, przywołując z zakamarków pamięci obraz kobiety o tajemniczym uśmiechu i wiecznie smutnych oczach. Niezwykle długie, platynowe loki opadały na jej białą suknię, w połach której tak bardzo uwielbiałem chować wszelkie smutki. Wyglądała jak anioł z obrazów najświetniejszych malarzy, taki też miała charakter. Idealnie kontrastujący z gorącym, ojcowskim temperamentem. Uciekałem w jej objęcia, chroniąc się przed gniewem taty. Pachniała kwiatami jabłoni, nigdy bym o tym nie zapomniał. Lady Maria Fae Ezero z rodu Tevo- moja ukochana matka, która odeszła zbyt młodo. I jedyna, którą darzyłem miłością nie tylko dziecięcą, ale też tą zarezerwowaną jedynie dla najlepszych przyjaciół. Kobieta o niemalże białych włosach i złotych, lekko skośnych oczach. Tak bardzo podobna do Nifenye, a jednak tak różna... Dotknąłem policzka, tuż pod dolną powieką, jakoby w odruchu. Wzrok mój powędrował w stronę narzeczonej, nadal pogrążonej w tym dziwnym transie. Nie śmiałem jej przeszkodzić, każdy czasem potrzebuje chwili tylko dla siebie. Posłusznie jechałem za nią, nie chcąc naruszyć jej przestrzeni osobistej.

⦓NIFENYE?⦔

czwartek, 29 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Nadszedł czas, by odłożyć przyjemności na bok i wrócić do obowiązków. Całkowicie poddałem się woli dziewczyny, pozwalając jej na prowadzenie mnie za rękę, jak syna. Z drugiej strony czułem się skrępowany na samą myśl, jak mogło to wyglądać z perspektywy zwykłego obserwatora. Wielki chłopak ciągnięty przez maleńką damę. Doprawdy zabawny i godny zapamiętania widok. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem, powoli pozbywając się tego dziwnego uczucia ograniczenia. W końcu dotarliśmy do naszego improwizowanego obozowiska, strzeżonego przez dzielne rumaki. Nawet przymykając oko na to, że jeden spał, a drugi przetrząsał moje rzeczy. Nie można było go zostawić nawet na moment, bo już mu się nudziło. I musiał znaleźć sobie zajęcie, akurat takie. Skaranie boskie z tym gościem. Puściłem dłoń Nifenye, kierując się w stronę Chiefa, który w najlepsze wyjadał nasze zapasy. Wszędzie walały się jabłka, banany, lekko nadgryzione, oczywiście. Stanąłem naprzeciwko hultaja, pukając go lekko w pysk. Ten uniósł łeb, iście teatralnie. Pewnie myślał, że to moja towarzyszka, ja przecież nigdy bym tak cicho nie stąpał, prawda? Niestety najwyraźniej mocno się zdziwił, bowiem aż wypuścił ogryzek, który poturlał się prosto pod moje nogi. Przybrałem najbardziej karcącą minę, jaką tylko potrafiłem i wycelowałem palcem najpierw w karego, potem w stronę dowodu zbrodni.
― Tobie się chyba do końca w tym ptasim móżdżku poprzewracało, hm? Żeby wyjadać nasze zapasy! Od zawsze wiedziałem, że jesteś w pewnym stopniu głupi, ale żeby aż tak?! No chłop...― Parsknął, ukazując swoje niezadowolenie i przy okazji jeszcze mnie opluł. Wytarłem dłonią mokre miejsca, już naprawdę zły.― Chamstwo w państwie! Ty ciemnoto Avayska! Co cię podkusiło do tego?! Zobaczysz, wrócimy i z chęcią wymienię cię na lepszy model! I w końcu będę miał święty spokój...
Gdy zaczął trącać mi dłoń pyskiem- cała złość zaczęła się ulatniać, by po chwili nie pozostał po niej żaden ślad. Mogłem być zły na Chiefa, prawda. Ale tak naprawdę cwaniak ten był moim ukochanym przyjacielem. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Całkowicie zmiękłem. Objąłem jego szyję, przytulając, jak to robiłem za młodu. Chłopiec i jego koń.
― No dobra, stary... Nie przerobię cię na kabanosy. Ale masz pomóc w uprzątnięciu tego całego syfu. Inaczej będę zły.

⦓NIFENYE? Ciekawe widoki XD⦔

sobota, 24 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Upominając się o nagrodę, nie miałem niczego konkretnego na myśli, no i liczyć na coś wielkiego raczej nie mogłem. Jak na razie dziewczyna była dla mnie jedną, wielką niewiadomą, zaskakującą mnie na każdym kroku. Jedyne czego mogłem być pewny, to jej odmienne podejście do życia. Zupełnie inne, niż tamto charakterystyczne dla panien pochodzących z wyższych sfer, a co dopiero rodów królewskich. Chociaż... Brak taktu u Nifenye uważałem za bardzo uroczy. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Przecież mogła wymyślić cokolwiek innego, wymigać się przygotowaniem śniadania. Więc dlaczego zdecydowała się akurat na to? Przyjemne ciepło rozeszło się po moim ciele, mając swoje źródło w miejscach, gdzie spoczęły dłonie dziewczyny. Zgarbiłem się nieco, by ułatwić jej zadanie. Można uznać to za pewien rodzaj odruchu bezwarunkowego, wyrobionego przez lata, czemu nawet bym nie zaprzeczył. Zaś z drugiej strony pragnąłem bliskości i czułości ze strony kobiety, która niedługo miała zostać moją żoną. Choćby częściowo wynagrodziłaby wcześniejszy stres związany z przyjazdem, a także atakiem wilków. Pomijając fakt, że sam byłem jej winien o wiele więcej. Bo to ona musiała spędzić wiele czasu na negocjacjach z moją ciotką, co do przyjemnych czynności nie należało. Czując słodki smak jej ust, w końcu dotarło do mnie coś, co wdarło się do mojego serca już przy pierwszym spotkaniu. Odpowiedź, dlaczego pragnąłem więcej i więcej bliskości z Nifenye. I najpewniej powód, kierujący Pradawnym podczas ratowania jasnowłosej. Czy aby zauroczyła mnie swą niewinną osóbką? Tak podejrzewałem. Inaczej nadal należałbym do tych obojętnych dupków, myślących tylko o tym, by czerpać korzyści ze wszystkiego. Zamiast tego, wyruszyłem z nią na wyprawę, mając za swoje własne zadanie zapewnienie jej maksymalnego bezpieczeństwa. Zakłopotanie mieszało się z zadowoleniem. Wydawała się być w stanie zbliżonym do mojego- niepewna. A jednak różniło nas jedno- potrafiłem się opanować na tyle, by działać. Ująłem jej podbródek, zmuszając do spojrzenia na mnie.
― Bardzo słodka nagroda― szepnąłem jej do ucha, pochylając się.― Aż chciałoby się więcej...
Nie należałem do osób cierpliwych, nie lubiłem czekać na odpowiednią chwilę. Działałem tu i teraz, odkładanie czegokolwiek uważałem za zbędne. Za takie coś trzeba się odwdzięczyć, nieprawdaż? Musnąłem ustami jej policzek, by zrobić do samo z ustami. Miała bardzo delikatne wargi, przyjemne. Ten nieśmiały gest szybko zastąpiony został przez pogłębiający się pocałunek. Może nieco zbyt nachalny, może aż nazbyt długi. Lecz nie mogłem się powstrzymać, zbyt łatwo ulegałem pokusom.
⦓NIFENYE?⦔

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

W jednej chwili człowiek stoi, spokojnie doprowadzając się do stanu używalności, by w drugiej wylądować tyłkiem w wodzie. Żeby jeszcze była letnia, ale nie! Sam lód, normalnie jak w zimie. Jeszcze te kamienie wbijające się w rowek i... czy to rybka? Zapłaci mi za to, przysięgam! Już szykowałem plan zemsty idealnej na Jasnowłosej Nimfie. Przy okazji ten strumyk okazał się aż nazbyt głęboki, o wiele bardziej, niż na jaki początkowo wyglądał. Może to jednak była jedna z leśnych rzeczek? Przybrałem oburzony wyraz twarzy, starając się, by wyglądał jak najbardziej naturalnie. Lekcje aktorstwa u pani Antre chyba nie poszły na marne, gdyż iż ponieważ dziewczynie zrzedła mina. Wstałem i wyszedłem z wody, teatralnie przeklinając pod nosem. Dopiero teraz zrobiło mi się naprawdę zimno, pewnie przez lekki wiaterek- charakterystyczny element tutejszych poranków. Przynajmniej tak podpowiadała mi pamięć. Przeczesałem dłonią mokre włosy, doprowadzając je do względnego porządku. Wyminąłem moją towarzyszkę, pozostawiając jej wypowiedź bez jakiegokolwiek komentarza. Czułem na sobie jej wzrok, co było małą przeszkodą we wcieleniu mojego planu w życie. Ale bez ryzyka nie ma zabawy, co nie? Tak więc wykonałem nagły zwrot w tył, szybko zbliżając się do Nifenye. Pisnęła, gdy wziąłem ją pod pachę i z całym impetem wbiegłem do wody. Dopiero tam słuchałem jej rozkazu, brzmiącego „Abelard, puść!”. Wylądowała tak, jak poprzednio ja. I kto powiedział, że zemsta nie jest powodem do radości ten należał do grona głupców! Podskoczyłem jak dzieciak, wydając przy tym triumfalny okrzyk. To był mój błąd. Skubana miała refleks, to trzeba przyznać. Chwyciła mnie za nogę, gdy lądowałem. Ponownie runąłem do rzekomego strumyka, zaś ona spróbowała wykorzystać okazję do ucieczki. Tym razem to ja okazałem się być szybszy. Przyciągnąłem ją do siebie, otaczając ramionami w żelaznym uścisku. Na tyle mocnym, by nie mogła mi się wywinąć i tak delikatnym, że nie stałaby się jej żadna krzywda. Serce biło mi w zwiększonym tempie, tłocząc ostatnie dawki adrenaliny. Zimno zostało zastąpione przez gorąc. Czy to dlatego, że była tak blisko mnie? Oparłem się brodą o jej głowę, wdychając przyjemny zapach jej włosów. W sumie, gdyby nie obecność ryb, czy innych mieszkańców owego miejsca, mógłbym tak przesiedzieć cały dzień, a nawet i dłużej. Powiedzmy, że do momentu, gdy brzuszek zacząłby domagać się jedzenia.
― Wiesz co?― Uśmiechnąłem się lekko.― Wygląda na to, że znowu wygrałem. To co dostanę w nagrodę, moja droga?
⦓NIFENYE?⦔

niedziela, 18 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Przedzierałem się przez las. W oddali nadal rozbrzmiewało paniczne wołanie dziewczyny o pomoc. Biegłem, choć z każdym przebytym metrem coraz bardziej brakowało mi sił. Zupełnie, jakby coś wysysało ze mnie całą energię. Jej błaganie przeszywało mnie na wskroś, zwłaszcza, że było jedynym dźwiękiem w tym przeklęty miejscu. Żadnego wycia, czy innego odgłosu charakterystycznego dla dzikich napastników, ale też bandytów krążących w poszukiwaniu łupów. Zupełnie tak, jakby był on duchem, czymś niematerialnym, a jednocześnie realnym i namacalnym. Nocną marą, niosącą śmierć każdej napotkanej istocie. Zacisnąłem usta, czując palący ból w klatce piersiowej. Brakowało mi tchu, lecz uparcie brnąłem dalej. Byleby uratować dziewczynę, bez zważania na mnie samego. Nareszcie udało mi się dotrzeć na polanę. To, co tam ujrzałem, rozpaliło we mnie gniew, ale też przeraziło. Pradawny trzymał jasnowłosą wysoko w górze, zaciskając palce na jej gardle. Świadomość przybycia zbyt późno, dosłownie zwaliła mnie z nóg. Upadłem na kolana, tępo patrząc się na owo „przedstawienie”. Już nie mogłem nic zrobić, by ją uratować. Oczy zaszły mi łzami, ciało zesztywniało. Strach skutecznie uniemożliwił mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu.  Zupełnie, jakbym przemienił się w figurę. Za to potwór był aż nazbyt żywotny. Odrzucił trupa na bok, z zadowolonym wyrazem pyska. No jasne, dostał kolejną duszę do kolekcji. Ruszył w moją stronę. Patrzyłem, jak wyciągał kostur, mierzył nim we mnie. Przedmiot zalśnił bladym światłem. Jednak na tyle silnym, by wszystko pokryło się bielą.
Zerwałem się do siadu, wyrwany z koszmaru. Oddychałem ciężko, łapczywie czerpiąc każdy oddech. Niewidzącym wzrokiem błądziłem po najbliższym otoczeniu, jeszcze ledwo odróżniając jawę od snu. Uspokoiłem się dopiero wtedy, kiedy ujrzałem Nifenye. Całą i zdrową, przymykając oko na bandaż zdobiący jej rękę. Że też nie zbudziła się, choć narobiłem tyle hałasu. Wstałem bez trudu i wziąłem ją na ręce. Jeszcze nieco się trzęsłem, lecz nie przeszkadzało mi to. Przeniosłem drobną dziewczynę na śpiwór, przykrywając cienkim kocem. Niech chociaż ona wypocznie. Należało jej się. Ja zaś poczłapałem do pobliskiego strumyka. Ściągnąłem górną część garderoby, złożyłem i odłożyłem na bok. Kucnąłem przy brzegu, by łatwiej było mi się obmyć. Ochlapałem twarz lodowatą wodą, niosącą przyjemne ukojenie.
⦓NIFENYE? Zawodowy striptizer XD⦔

sobota, 17 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Nifenye dość gwałtownie zareagowała na wieść o braku miejsca w lokalu, choć mi to raczej nie przeszkadzało. W sumie nawet spanie na świeżym powietrzu było lepsze od dusznego pokoju na piętrze. Oby tylko nie padało. Rozłożyłem śpiwory, nucąc pod nosem ulubioną pieśń ojca, a może raczej opowieść przyozdobioną chwytliwą melodią. Właśnie w takich chwilach czułem się całkowicie wolnym człowiekiem, zdanym tylko na własne decyzje. Miałem zabrać się za przygotowanie prowizorycznego namiotu, kiedy usłyszałem warczenie pomieszane z krzykiem mojej towarzyszki. Zerwałem się na równe nogi, szybko ruszając w kierunku, z którego dochodziły owe odgłosy. Przy okazji prawie zabiłem się o drzewo. W momencie, kiedy zbliżyłem się do dziewczyny, jeden z wilków skoczył. Uderzyłem w niego bokiem, celowo wkładając w to całą swoją siłę. Zdezorientowane zwierzę pisnęło i gruchnęło o twarde podłoże. Jednak nie atak bestii był najgorszy, a dreszcze przeszywające mnie od głowy, aż po stopy. W mgnieniu oka dosłownie wyparto mnie z mojego ciała, pozwalając Pradawnemu na przejęcie kontroli. Przybrał on swą podstawową formę- prawie trzymetrowego stwora o łbie szakala. Bezpardonowo przyciągnął do siebie przestraszoną dziewczynę, rysując kosturem krąg wokół nich. Jedno trzeba przyznać- pomimo paskudnej gęby i jeszcze gorszego charakteru, potrafił zachować zimną krew nawet w najgorszych sytuacjach. Można rzec, że był on tą potężną stroną mnie, stworzoną do zgładzenia wszystkiego, nie tylko tego, co nazywano zagrożeniem. Wilki zbliżały się, tocząc pianę. Czyżby były dotknięte wścieklizną? Beentavius uniósł swój oręż, by uderzyć trzonem o środek kręgu. W ułamku sekundy buchnęły opary, spowijając otoczenie poza bezpieczną barierą, rozprzestrzeniając się niczym poranna mgła. Pole widzenia zostało ograniczone do minimum, jednak dźwięki słychać było aż za dobrze. Skowyt konających zwierząt, w zastraszającym tempie pożeranych przez lotny kwas, przyprawiały o ciarki. Przypatrywałem się szamoczącej białowłosej, którą potwór trzymał w swoim żelaznym uścisku, nie pozwalając jej na opuszczenie bezpiecznej strefy. Wiedziałem, że robił to z mojego powodu. Sam nie posiadał czegoś takiego jak uczucia, kierowały nim cele osobiste, niezwiązane z emocjami, a z pragnieniami. Pomagaliśmy sobie nawzajem, zupełnie jak bracia. Inaczej nie dalibyśmy rady funkcjonować w jednym ciele. Nagle wszystko ucichło. Nawet nocne ptaki nie odważyły się wznowić swych koncertów. Zupełnie jakby świat czekał na kolejny krok ze strony Pradawnego. Mgła rzedła, aż nie pozostał po niej ślad. I dopiero wtedy poruszył się. Uklęknął na jedno kolano przed królową, kłaniając się jej łbem. Pierwszy raz widziałem, jak ukorzył się przed kimkolwiek.
― Jam jest Beentavius, pan cyklu życia, legionów, a także sługa potomków Pani Zguby. Wykonałem swe zadanie.― Mocniej ścisnął kostur. Jego głos był mroczny, mocny, może nieco warkliwy.
Zamknął ślepia, ustępując mi miejsca. Ciało potwora powoli przemieniło się w moje, do którego pozwolono mi wrócić. Gdy tak się stało- podniosłem się z klęczek. Stojąc przed damą, zatoczyłem się nieco. Przed oczami migotały mi czarne i białe plamy, czułem się coraz słabiej. Dlaczego takie akcje wymagały ode mnie zużycia takiej ilości energii? 
⦓NIFENYE?⦔

piątek, 16 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Przez chwilę wahałem się co do mojego jakże śmiałego czynu. Jednak najwyraźniej ryzyko opłaciło się. Byłem tak blisko niej, jak jeszcze nigdy, zaś ona sama stała się nieco śmielsza, niż przez te kilka godzin naszej znajomości. Dotyk dziewczyny zadziałał na mnie w zaskakujący sposób... Wcześniejsze partnerki nigdy nie potrafiły wzbudzić we mnie czegoś tak delikatnego, a jednocześnie mocnego. Skóra w dotyku niczym jedwab, stykając się z moją sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz, zaś ciepło rozniosło się po całym moim ciele. Nie miałem pojęcia, jak mógłbym (a raczej powinienem) zareagować na taki obrót spraw, choć przecież sam się do niego przyczyniłem. Dotychczasowa pewność siebie ulotniła się, robiąc miejsce dla naturalnej nieśmiałości względem drugiej osoby. I to jakże uroczej. Ale równie dobrze mogło to być spowodowane przez zniesmaczone spojrzenia gości lokalu. Tak czy siak mieli oni po części rację- publiczne obnoszenie się z takimi rzeczami było co najmniej nieprzyzwoite, powinniśmy zachować to na momenty, gdy bylibyśmy pozostawieni sami sobie. Bez świadków, którzy wyrażaliby swoje zniesmaczenie takimi „pokazami”. Ułożyłem dłoń na tej dziewczyny i niezbyt chętnie oddaliłem ją od policzka, dając tym wyraźny znak, że nadszedł czas na zakończenie czułości i przejście do właściwego zadania. Dwa pokoje lub wspólny z osobnymi łóżkami- tak właśnie brzmiała jego treść. Pstryknąłem ją lekko w nos, uśmiechając się triumfalnie.
― I po cóż było zaczynać? Chodź, trzeba się zakwaterować.
Jak na dżentelmena przystało, otworzyłem jej drzwi i poczekałem aż wejdzie. Początkowo szedłem za nią jak cień, skutecznie odstraszając wszelkich ciekawskich mężczyzn, by po jakimś czasie zrównać się z Nifenye. W duchu modliłem się o przyzwoite kwatery, pozbawione wszelkich niedociągnięć, jak to często bywało w takich miejscach. Na pozór imponujące bogactwem i wyrafinowaniem, zaś w rzeczywistości coś, co podpadało pod książkową definicję nory. Przy okazji obserwowałem otoczenie, tak w razie czego. Niestety najmniej jedna osoba rozpoznałaby w dziewczynie władcę Laosu, co automatycznie równe było kłopotom. Niestety różni ludzie chodzili po tym świecie, a łączyła ich żądza władzy i bogactwa. Coś charakterystycznego dla naszego gatunku. Tak więc przygotowałem się na ewentualną interwencję słowną lub siłową, zależy czego wymagałaby sytuacja. Choć szczerze wolałbym jej uniknąć, przynajmniej w dniu dzisiejszym.
⦓NIFENYE?⦔

Od Abelarda cd. Nifenye

Zadanie mi dane chyba nie mogło być lepsze. Przygotowanie niezbędnych rzeczy, ale też spędzenie czasu z końmi... Czego chcieć więcej? Nic więc dziwnego, że uwinąłem się z tym dość szybko, pomijając fakt mojego zaprawienia w „podróżniczym boju”. Spieszyłem się z zebraniem różnych pierdółek tylko dlatego, że potem mogłem siedzieć przy zwierzętach tak długo, aż Nifenye uraczyłaby mnie swoim towarzystwem. Tak więc już od połowy godziny maltretowałem głaskaniem Chiefa oraz rumaka królowej. Z czego ten pierwszy chyba był na mnie obrażony za to, że musiał przesiedzieć w boksie tyle czasu, a nie móc szlajać się po okolicy i uganiać za tutejszymi klaczami. Przysięgam, przerobię go kiedyś na kabanosy. Zwłaszcza za to parskanie mi prosto w twarz. Snucie niecnych planów zostało mi przerwane przez przybycie panienki. Już na wstępie najpewniej chciała mnie zabić, rzucając mieczem w moją biedną osobę. Złapałem go, odruchowo ważąc w dłoni. Zdawał się dobry, jednak nie imał się do mojego własnego... Niestety tamten zmuszony zostałem zostawić w domu, bo inaczej babcia by mnie zatłukła tym swoim kijaszkiem. To zła kobieta jest, powiadam! Jakby chciała, to w pojedynkę dałaby nauczę całemu legionowi Zatraconych, grabiąc przy tym kilka wiosek i niszcząc marzenia niewinnych chłopów o wolności. Nie wiem, jak dziadek mógł z nią wytrzymać tyle lat. Do tego jeszcze cud, że mama nie odziedziczyła po niej charakteru. Widząc nieudane próby wejścia na konia, w wykonaniu jasnowłosej, ująłem ją w talii i podniosłem. Była niezwykle lekka, nawet jak na dziewczynę. Usadowiłem ją w siodle, uśmiechając się pod nosem. Niby małe, a jednak tak wyrachowane, no kto by pomyślał? Bez słowa wyjaśnienia wsiadłem na grzbiet Chiefa. Drzwi stajni były na tyle duże, by przejazd nie stanowił żadnego problemu, chwała za to architektom. Pozwoliłem, by prowadziła. W końcu to jej tereny, nie moje. I... Też dlatego, że czułem znajome mrowienie w karku. Nie zwiastowało niczego dobrego, przynajmniej tak mi się wydawało. Nie teraz, powtarzałem w myślach, jak mantrę, inaczej będę miał kłopoty, a ty razem ze mną. W istocie taki moment byłby najgorszym na pojawienie się Pradawnego, choćby ze względu na lokalizację, w której się znajdowaliśmy. Służba, dwór... Świadków byłoby zbyt wielu. A i w głowie miałem jeszcze słowa ciotki, co do postaci Beentaviusa oraz jego sadystycznych skłonności. Co prawda na ogół należał do spokojnych, jednak momentami potrafił wywołać spore zamieszanie, wręcz panikę wśród niczego nieświadomych obserwatorów. Niestety nawet on czasami nie potrafił się opanować. Najchętniej nigdy nie pokazałbym go Nifenye, lecz to raczej niemożliwe. Tak więc na razie wolałem jechać za nią, aniżeli obok. Tak w ramach bezpieczeństwa.
⦓NIFENYE?⦔

sobota, 10 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Stałem za dziewczyną, uważnie obserwując Bernarda. Bo tak miał na imię, prawda? Chyba, że coś mi się pomieszało i znów przekręcałem takie drobnostki. Ogarnięcie odziedziczyłem po ojcu, co niezwykle często mi wypominano. Nie moja wina, takie geny, ot co. Zaplotłem ręce na piersi, nadal zastanawiając się nad ewentualną pomyłką co do imienia jegomościa, wszelkie negocjacje zostawiając Nifenye. Sam raczej należałem do osób preferujących rozwiązania siłowe, aniżeli targowanie się. No i jeszcze fakt, że to ona o wiele bardziej go znała. Jednak nie przeszkodziło mi to w obdarzaniu mężczyzny niezbyt miłym spojrzeniem. Mimo wszystko nie ufałem tutaj nikomu, choćby uratowali mnie od śmierci. Znałem ludzi z Lao i wiedziałem, że zawsze chcieli czegoś w zamian, bez względu na to, w jakiej sytuacji się ich stawiało. Czasami częste zmiany miejsca zamieszkania potrafią być przydatne.
― Zrobię to, jednak...
Jedno zdanie utwierdziło mnie w przekonaniu o mentalności ludzi tego egzotycznego kraju. Królowa, najwyraźniej lotna w takich wymianach zdań, poradziła sobie nader doskonale, trafiając go w czuły punkt. Okrutna, ta jedna myśl pojawiła się nagle, równie szybko znikając. Owszem, ciotka musiała zobaczyć w niej choć cząstkę siebie, by zezwolić na sojusz. Tylko osoby pokroju władcy Dest przywoływali takie argumenty. Oczyma wyobraźni widziałem tę plątaninę sprzecznych emocji, myśli, wniosków w głowie biednego dworzanina. Zaskoczeniem nie była jego pozytywna odpowiedź z jego strony. Martwił się o matkę, przez co zdecydowałem się patrzeć na niego nieco bardziej przychylnie. Uniosłem kąciki ust, uśmiechając się lekko. Mimo wszystko byłem zadowolony z takiego obrotu spraw. Pomoc staruszce i kilka dni więcej wolności. Jedynym minus, to czas podróży. Cztery dni jazdy zwaliłyby z nóg nawet najbardziej doświadczonego wędrowca.
― Dziękuję, Bernardzie― powiedziałem pogodnym tonem. Dalszą część wypowiedzi skierowałem do jasnowłosej.― To za godzinę jedziemy w nieznane? Trzeba zorganizować żywność, wodę, zmienne ubrania...

⦓NIFENYE? Powieść to to nie jest .-.⦔

Od Abelarda Cd. Nifenye

Usiadłem na chłodnej trawie, z nogami rozłożonymi na boki. Chyba wyglądałem jak podrostek, który dopiero co nauczył się chodzić, ale kij z tym. Zachowanie dziewczyny, inaczej nazywane zrzucaniem ubrań, zdziwiło mnie i nieco... zakłopotało? O ile tak można nazwać ten stan, kiedy nie wiesz, gdzie podziać wzrok. Co prawda widziałem już wcześniej kobiety w negliżu, jednak widok Nifenye zadziałał na mnie tak, jak żadnej innej wcześniej tego nie zrobił. Jednocześnie nie mogłem oderwać wzroku od odsłoniętej skóry, sprawiającej wrażenie niezwykle delikatnej. Tak bardzo sprzecznej z resztą jej postaci, że aż nierealnej. A jednak była tu, stała przede mną. Kobieta skąpana w bieli niczym anielski posłaniec, jednocześnie odzianej w męskie ubrania, nadające jej charakteru. Owszem, próbowałem skupić się na jej poczynaniach godnych aktorki ze stolicy Xa, choć nie było to łatwe zadanie. Głupi jest ten młody chłopak, któremu myśli krążą wokół dam, nieprawdaż? Może kiedyś się z tego wyrośnie, przynajmniej taką noszę w sobie nadzieję. Ślub powinien mi w tym pomóc. Stop, Ab! Znowu zaczynasz myśleć o niewłaściwych rzeczach, skup się na chwili obecnej! Z uśmiechem obserwowałem jednoosobowe przedstawienie, próbując wyobrazić sobie, jak owa sytuacja musiała wyglądać w rzeczywistości. Sam nieco podkoloryzowałem babciny obraz, więc panienka Lebron zapewne postąpiła podobnie. Jednak zakończenie nieco mnie zaniepokoiło, głównie ze względu na nagłą zmianę wyrazu twarzy, niewyjaśniony, nagły ruch dłoni, gdy puściła wolno włosy. Na wszelki wypadek wstałem, odkładając spódnicę na trawkę. Podszedłem do dziewczyny o smutnych oczach. Wysiliła się na uśmiech, chyba biorąc mnie za idiotę, który nie zna się na ludzkiej psychice. Dopiero wtedy zauważyłem jasne linie przecinające jej skórę, jakoby piętno burzliwej przeszłości. Wstydziła się blizn... Palcami ująłem jej brodę, delikatnie unosząc głowę, by obdarzyła mnie spojrzeniem tych magicznych oczu. Bez bicia przyznam się, że nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć. Niestety niezbyt często stawiano mnie w takiej sytuacji, a co dopiero ja sam się wkopywałem. Ostatecznie słowa same wydostały się na wolność, zupełnie jakby miały wolną wolę.
― Nie musisz się mnie wstydzić, jasnowłosa nimfo. Ni mnie, ni blizn. Jesteś doprawdy piękną kobietą, bez względu na skazy.
Wypowiedziałem na głos to, co od czasu naszego pierwszego spotkania krążyło mi po głowie. Wtedy też poczułem niesamowitą ulgę, przedtem ukryty ciężar opuścił mnie, pozostawiając niezwykle lekkiego.
⦓NIFENYE?⦔

środa, 7 czerwca 2017

Od Abelard cd. Nifenye

Z ochotą usiadłem na ławce, mogąc w końcu odpocząć od wszystkiego. Słońce przebijało się przez liście, tworząc wspaniałe wzory, gdzieś w oddali słychać było śpiew ptaków, wręcz cały chórek. Może jednak uda mi się polubić to miejsce, tak bez żadnego przymusu. Na jej pytanie o babkę, wzdrygnąłem się niezauważalnie. Niestety plecy nadal bolały mnie po ciosie zabójczą, dębową laską. Potwór, a nie kobieta, powiadam wam, do tego musiała należeć do mojej rodziny. Czym sobie zasłużyłem na takie męki? Podrapałem się po karku, patrząc na dziewczynę. Uzna mnie za wariata, gdy opowiem jej o dzisiejszym starciu ze staruszką? Bardzo możliwe, wręcz pewne. Ale co tam! I tak kiedyś by się wydało to, jaki jestem w rzeczywistości. Od prawdy nie ma ucieczki. Tak więc przywołałem na twarz najgłupszy uśmiech, na jaki tylko było mnie stać i podniosłem swoje cztery litery. Zobaczymy, czy miała chociaż trochę poczucia humoru, w odróżnieniu od wielu szlachcianek, które potrafiły tylko chichotać na każde wypowiedziane zdanie. Drugą opcją było to, że mogła należeć do właśnie tych dam. Jak tak, to największy przegryw życia. Podniosłem grubszy kij z ziemi, ściągnąłem płaszcz, biorąc go pod pachę, jak to zrobiłem przed wejściem do siedziby szatana.
― No więc szedłem sobie spokojnie, przywitałem się z lokajem...― Ukłoniłem się, imitując gest szacunku.― I wszedłem do środka. Najpierw zdawało mi się, że nikogo nie było. Spełnienie marzeń, normalnie! Ale wtem... BAM!
Zarzuciłem płaszcz na głowę, imitując żałobny welon babki. Wsparłem się na kawałku drewna, którym po chwili zamachnąłem się, parodiując agresywną staruszkę.
― Gdzieś ty był?! Jak ty wyglądasz?! Jak się zachowujesz?! Bez garbienia! Szacunku dla starszej osoby!― imitowałem głos ukochanej babuni.― Zachowuj się jak na szlachcica przystało, a nie jak jakiś wieśniak! E te, te, te, te, te, te... Wstyd mi przynosisz! E te, te, te, te!
Po skończonym monologu ukłoniłem się mojej jednoosobowej publiczności, w myślach licząc punkty minusowe, jakie zapewne zarobiłem u królowej. 

⦓NIFENYE?⦔

Od Abelarda cd. Nifenye

Dłonie, które trzymałem pod stołem, zacisnąłem w pięści, próbując opanować wichurę wywołaną werdyktem. Ochota na walnięcie ręką o lat stołu była jednak nader kusząca. Miałem szczerą nadzieję, iż te trzy dni były jedynie kiepskim żartem ze strony mężczyzny, czymś zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Przecież przez tak krótki okres czasu wieść o zaślubinach nie dotrze do rodziny z Dest, a król Interfectorem to jedna z najważniejszych person na przyjęciu. Do tego chciałem spotkać swoje siostry, pożegnać się z nimi na nie wiadomo ile. Może nawet na zawsze, przecież tak bardzo nie lubiły podróży, że ruszały się z kraju jedynie w ostateczności. Odczekałem chwilę, by lwia część zgromadzenia opuściła salę, zostawiając mnie sam na sam z królową... Nifenye... Nawet nie wiedziałem, jak miałbym się do niej zwracać, a co dopiero myśleć o czymś takim, jak małżeństwo. Już miałem podejść do niej, poprosić o chwilę uwagi, ale uprzedziła mnie. Chyba myśleliśmy o tym samym podczas tej całej narady, a raczej niepotrzebnego drążenia tematu sojuszniczych państw. Każdy ze zgromadzonych chyba miał świadomość, że Lao i Dest połączone unią personalną staną się niezwykle groźne i znaczące na arenie międzynarodowej. W sumie tylko o to chodziło w tym całym cyrku, byłem tego świadomy. Wstałem, milcząc jak grób. Pierwszy raz nie miałem zielonego pojęcia, co powiedzieć i jakie ruchy mógłbym wykonać. Przełknąłem ślinę, nieco głośniej, niż robi to spokojna osoba. Niestety uciążliwa gula w gardle wciąż rosła, zajmując coraz więcej miejsca. Czy tylko dla mnie w sali było zbyt gorąco? Ledwo oparłem się pokusie rozpięcia płaszcza- głupiego nawyku, nabytego podczas setek wypraw. Górna część garderoby dziwnie mi ciążyła od czasu przemierzania pustyń ziem niczyich. Popatrzyłem na dziewczynę. Była taka drobna i delikatna... Uśmiechnąłem się pod nosem, przypominając sobie, z których wejść korzystali służący, których mijałem. O ile się nie myliłem, wolność była tak blisko...
― Chodź― powiedziałem cicho, by ewentualni ciekawscy nie mogli nic usłyszeć.
Wykonałem dość odważny ruch, zdecydowanie nieprzystający szlachcicowi- złapałem dłoń jasnowłosej i ruszyłem biegiem z sali. Odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, nieprawdaż? Tak więc skręciłem w prawo, uważając by dama nie przewróciła się podczas gwałtownego skrętu. Przy tym o mały włos, a przewróciłbym sprzątaczkę. Mówi się trudno i leci dalej. Nifenye chyba coś chciała powiedzieć, jednak ignorowałem to, skupiając się na celu. Wyrodny wnuczek, szlachcic, narzeczony i porywacz królowych w jednym. Nieźle! Dzień uważam za zaliczony. Otworzyłem boczne drzwiczki, prowadzące na nieuczęszczaną część podwórza. Przynajmniej na taką wyglądała. Zatrzymałem się dopiero przy kamiennym murku, nieco oddalonym od zamkowej budowli. Przynajmniej tutaj miałem całkowitą pewność, że nikt nie będzie podsłuchiwał naszej rozmowy. Postanowiłem nie czekać na to, aż ona zarzuci jakimś tematem. Walnąłem prosto z mostu.
― Słuchaj. Urocza jesteś, nic do ciebie nie mam, ale ta cała sytuacja chyba nie tylko mnie przerasta. Mamy misję do wykonania, a mianowicie przeciągnięcie terminu zaślubin najdłużej jak się da. Wolałbym mieć trochę więcej czasu na poznanie swojej... ym... narzeczonej. To co? Współpraca?― Wyciągnąłem do niej rękę.

﹙NIFENYE?﹚

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Stres zjadał mnie kawałek po kawałku, przywołując najczarniejsze scenariusze. Oby nie była brzydka i wredna. Ładna i wredna może być...- modliłem się w myślach. Trudno było mi się opanować w tych warunkach. Serce biło mi jak oszalałe, gdy przemierzałem korytarze wielkiego zamku. Różnił się od dobrze mi znanej, surowej budowli w Calce. Tu bogactwo i szyk widoczne były na każdym kroku, jeszcze bardziej mnie zniechęcając. Niestety należałem do tych mężczyzn, którzy woleli umiar i minimalizm, od wszechobecnego gustownego wystroju. Wewnątrz wręcz toczyłem wojnę na za i przeciw, jednak na zewnątrz udało mi się utrzymać chłodną, dumną postawę godną jedynie osoby z królewskiej rodziny. Marco, jako mój tymczasowy doradca, kroczył po mojej prawej, co jakiś czas sprawdzając czy wszystko ze mną dobrze. Uwielbiałem tego gościa, naprawdę. Odkąd przyszło mi mieszkać w Dest, on nigdy mnie nie opuszczał. Z czasem nawet staliśmy się najbliższymi przyjaciółmi, gotowymi na każde poświęcenie. Książę i syn stajennego, nietypowa para znajomych. Również wyglądem byliśmy przeciwieństwami. W jego żyłach płynęła krew mrocznych elfów, co mocno odbiło się na aparycji- blond włosy, prawie białe i błękitne oczy, wysoki, a jednak niższy ode mnie. Do tego przez pracę wyglądał na starszego, niż był w rzeczywistości. Zatrzymaliśmy się przed masywnymi, zdobionymi drzwiami, jak łatwo się domyśleć- prowadzącymi do sali tronowej. Chłopak poklepał mnie po ramieniu, uśmiechając się ciepło. Milczał, za co byłem mu wdzięczny. Gdyby zaczął gadać coś o tej całej sytuacji, zapewne straciłbym resztki pewności siebie, zaczynając trząść się jak osika. Zapowiedziano moje nadejście, oczywiście nieco przekręcając tytuł. Rycerze weszli przodem, zachowując całkowitą ostrożność. Czułem, że ciotka maczała w tym palce, choć dobrze wiedziała, że sam byłbym w stanie się obronić. Następnie Marco, dzierżąc w dłoni list [mimo wszystko przekazałem mu go, przynajmniej wtedy nie było mowy o zgubieniu]. Następnie ja, a za mną ostatni trzej z orszaku. Ujrzałem jasnowłosą nimfę siedzącą na tronie. W pierwszych sekundach myślałem, że to jakiś żart. Jednak sądząc po jej minie typu „Are you fucking kidding me?” mówiła sama za siebie. Królowa była równie zaskoczona, co ja. W odróżnieniu od niej nie dałem nic po sobie poznać, czego bezwzględnie ode mnie wymagano. Mimo wszystko nikt nie powinien wiedzieć o naszym wcześniejszym spotkaniu, tylko sprawiłoby to niepotrzebne problemy. Bo jak to tak? Bez swatki i świadków? Jeszcze by pomyśleli, że się z nią przespałem przed ślubem, dlatego poszedłem do tego lasu taki szczęśliwy. Niech żyją w błogiej nieświadomości, to najlepsze z możliwych rozwiązań. Wszak pomimo tego nadal byliśmy dla siebie obcymi osobami. Złożyłem pokłon monarchini, jak nakazywał kodeks postępowania, po czym zająłem swe miejsce przy stole. Niestety aktualnie i ja, i lady Nifenye byliśmy jedynie pionkami w politycznej grze. Główne głosy w tej sprawie należały do generałów, doradców, wyższych sfer państwa, jak i biednego Marco, który pierwszy raz został postawiony w takiej sytuacji. Muszę go za to kiedyś przeprosić. A po naradzie spotkać się z damą sam na sam, by wyjaśnić kilka spraw. Pewnie i ją dręczyło wiele pytań co do mojej osoby, jak i sojuszniczego państwa, które przyszło mi reprezentować. Wolałem ją poznać, wiedzieć, z kim przyszło mi żyć najprawdopodobniej do samego końca.
﹙NIFENYE?﹚

Od Abelarda cd. Nifenye

Spacer trwał jeszcze przez jakiś czas, głównie dlatego, że straciłem orientację w terenie. Już mocno zdenerwowany doczłapałem się do rezydencji. Strażnicy widząc mnie, posłusznie ustąpili miejsca. Może to przez mój wyraz twarzy? Dziwnie się popatrzyli, to fakt. Dłonią przeczesałem rozwichrzone włosy, chcąc choć w drobnym stopniu je opanować. Wszystko, byleby aż tak mi się nie oberwało od babki. Ta kobieta zawsze miała jakieś pretensje do mnie, nawet gdy byłem bardzo grzeczny i chciałem się jej przypodobać. Nie moją winą było, że wyglądem wdałem się w ojca, a nie w delikatną matulę, a z Laosem łączyły mnie jedynie oczy, dokładniej ich kształt i jasny odcień. Drobny żwirek chrzęścił pod nogami, stając się coraz bardziej upierdliwym wraz z każdym stawianym krokiem. Oczami wyobraźni widziałem już tę starą raszplę, świdrującą mnie tymi maleńkimi, lodowatymi punkcikami. Dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie, potęgując burzę negatywnych emocji. Hans, chyba jeszcze bardziej wiekowy, niż Orianna, obdarzył mnie ciepłym uśmiechem, otwierając wielkie drzwi. Poprawiłem jeszcze koszulę, nadal trzymając płaszcz pod pachą i wmaszerowałem do środka. Już na wstępie poczułem ostry ból w krzyżu, kiedy to ktoś raczył z zaskoczenia przywalić mi drewnianą laską. Odwróciłem się w stronę osobnika, oczekując najgorszego. Średniego wzrostu kobieta odziana w zdobioną suknię, mierzyła we mnie z tego przeklętego kijaszka. Białe włosy jak zawsze miała ułożone w nieskazitelny kok, odsłaniający wydatne czoło. Jak taka dama mogła być jednocześnie największą jędzą w całym kraju?
― Nie garb się! I nie wlepiaj we mnie tego psiego spojrzenia, bo jeszcze ci tak zostanie! Kultury w tym Dest cienie nauczyli?! Ach, zapomniałabym... przecież to kraj największych barbarzyńców, jacy stąpali po tym świecie.― Przewróciła teatralnie oczami.― Co ty wyprawiasz? Płaszcz nosi się na sobie, nie pod ręką, jak jakiś nieokrzesany chłop!
― Ekhym... Witaj, babciu...
― Nie przerywaj mi, kiedy do ciebie mówię. Doprawdy, młodzi tracą szacunek do starszych. To okropne... Idź się ogarnąć, wyglądasz jak flejtuch. Obiad zjesz u króla, na ten tu się spóźniłeś, łajzo.
Zacisnąłem usta i już chciałem iść, kiedy ta znów zaczęła.
― Nie narób mi wstydu, Abelardzie.
◈◈◈
Jaką ulgą było opuszczenie tego przeklętego domu. Jedyny minus wybrania się do pałacu królewskiego, to mus jazdy w orszakiem. Na całe szczęście byli to znajomi, którzy przypłynęli ze mną aż z Dest. Marco jechał tuż obok mnie, próbując jakoś rozluźnić atmosferę. O dziwo, na co dzień spokojny i opanowany, teraz miałem ochotę uciec jak najdalej stąd. Byleby oszczędzić sobie zawodu związanego z poznaniem anonimowej szlachcianki. Jedyną wiadomą rzeczą było jej imię- Nifenye. Reszta to czarna magia przepełniona tajemnicą. Jakby to miała być nie wiadomo jak ważna sprawa i oczekiwanie ode mnie wielkich poświęceń. Spojrzałem w bok, daleko za kompanów, na jezioro skąpane w blasku słońca. Powinienem powoli przyzwyczajać się do tych widoków- tak brzmiała moja pierwsza myśl. Niestety miały mi towarzyszyć do końca życia, przynajmniej na to się zapowiadało.
﹙NIFENYE?﹚

niedziela, 4 czerwca 2017

Od Abelarda cd. Nifenye

Na powitanie zostałem zaskoczony przez zwierzę należące do „białowłosej nimfy”. Ten koń chciałby, żebym zszedł na zawał w wieku dwudziestu lat, czy jak? Tak brać mnie z zaskoczenia to raczej nie wypada, zwłaszcza, że mnie wcześniej nie znał. Mimo to nie mogłem oprzeć się pokusie gładzenia, głaskania i poklepywania owego stworzenia. Takie proste czynności sprawiały mi wręcz dziecięcą radość, na co nie miałem wpływu. Pod nosem mruczałem pochlebne słowa, komplementując zachowanie rumaka. Za to dziewczyna zdawała się być mocno zaskoczona zaistniałą sytuacją i nie chodziło tu o moje pojawienie się, a o konika. Cóż, nic na to nie poradzę. Jednak na jej wzmiankę o ręce do zwierząt, mimowolnie uniosłem kąciki ust w lekkim uśmiechu. Tylko jak miałbym odpowiedzieć na jej pytanie? Przecząc- skłamałbym. Ta sama sytuacja byłaby podczas przytaknięcia. Niestety przez wydarzenia z przeszłości nie wiedziałem, gdzie tak naprawdę miałem swój dom. Niby wychowano mnie w Laosie, a jednak większą część życia spędziłem u boku ciotki, w Dest. Przywiązany byłem do obu państw, choćby ze względu na pochodzenie rodziców. Pokręciłem palcem, w iście karcący sposób, jak to robi matka do niegrzecznego synka. Do tego przybrałem poważną minę, patrząc na jej drobną twarz.
― Panienko, nieładnie tak pytać nieznajomego o prywatne sprawy. Ciekawość pierwszym stopniem do piekła― Opuściłem rękę, wracając do adorowania konia.― Zwłaszcza, że nie masz pewności co do moich intencji. Może chciałem się tylko przejść, a może polowałem na niczego nieświadome dziewczęta? Opcji jest wiele, zwłaszcza, że nie masz pewności co do mojego pochodzenia. Jednak zdradzę ci pewien szczegół- mieszkam niedaleko. Do tego czas mnie nagli, niektóre sprawy ważniejsze są od obcowania z tutejszymi przedstawicielkami płci pięknej. Tak więc proszę o wybaczenie, lecz powinienem oddalić się, by nie niepokoić mojej drogiej babki.
Z trudem pozostawiłem białego zwierzaczka, jednak taka była prawda- musiałem jeszcze stawić się w rodzinnym domu, a także przygotować na konfrontację z babunią. Potem jeszcze spotkanie... Uch, doprawdy życie nie mogło mnie bardziej skrzywdzić! Przechodząc obok jasnowłosej panienki, położyłem dłoń na jej ramieniu, patrząc prosto w oczy. Widziałem w nich zaskoczenie i mieszankę różnych emocji.
― Uważaj, białowłosa nimfo, różne rzeczy mogą przydarzyć się podczas samotnych przechadzek. Pomimo tego, że jest jeszcze jasno, w lasach czyhają niebezpieczni osobnicy. Nawet tu, w Laosie, zdarzają się bardzo złe rzeczy.
﹙NIFENYE?﹚

Od Abelarda

Dobrych kilka dni temu ciotka „delikatnie” zasugerowała mi, iż powinienem w końcu ruszyć cztery litery i wybrać się do Lao. Nadal przechodzą mnie ciarki na samo wspomnienie jej groźnego tonu, do tego jeszcze połączonego mordowaniem wzrokiem. Po wygłoszonym monologu wręczyła mi list z pieczęcią rodziny królewskiej Interfectorem, przy tym zakazując otwierania go. Jakby to była jakaś wielka tajemnica, jeśli chodzi o jego treść. Wiadomo, że miałem przekazać go opiekunom jakiejś szlachcianki z Laosu, na znak ostatecznego połączenia obu rodzin więzami małżeńskimi potomków. Aktualnie koperta spoczywała w kieszeni płaszcza, zabezpieczona jeszcze złotym guzikiem. Nawet nie chcę myśleć, co by mnie czekało, gdybym go uszkodził... albo zgubił. Wtedy miałbym większe piekło, niż to, które Zatraceni skosztowali jednemu z patroli Delaa. A podobno mroczni są tacy nieustraszeni i niepokonani, tsa... Statek lekko drgnął, gdy Marko przybił do portu, zaś jego współpracownikom udało się go zakotwiczyć. Połowa sukcesu za nami. Teraz tylko dotrzeć do posiadłości babki w jednym kawałku, zakwaterować się i zniknąć wszystkim z oczu. Tak, oto zadanie na dziś- zorientować się, czy zaszły jakieś zmiany w rodzinnej okolicy. Choć może przez prawie dwanaście lat wszystko pozostało na swoim miejscu? Nadzieja matką głupich, jak to mówią. Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc znajome wrzaski mew, gwar pobliskiego targu. Nie czekałem na pozwolenie- zeskoczyłem z wysokiego pokładu wprost na pomost. Przy lądowaniu deski zatrzeszczały groźnie, lecz ostatecznie nic się nie stało. No może poza zaskoczeniem miejscowych, którzy chyba niezbyt często mieli okazję widzieć taki sposób wydostania się ze statku. Jeszcze większym szokiem było dla nich analogicznie postępowanie u... konia. Ogier o ciemnej maści poszedł moim śladem, wydając przy tym triumfalne rżenie. Jaki pan, taki pies. Ale o kopytnych w tym powiedzeniu mowy nie było. Powinienem złożyć reklamację na wadliwego rumaka, czy coś. Jeszcze sobie kiedyś krzywdę zrobi przy czymś takim i cała wina zleci na mnie, chociaż to ta chabeta narobiłaby kłopotu, a nie ja. I gdzie tu sprawiedliwość, ja się pytam?! Zamiast bury, poklepałem go po szyi, szczerząc przy tym zęby.
 ― A tylko zwiniesz jakieś żarcie z targu, to skończysz jako kabanosy!
Kolejna wada produkcyjna- myślał, że wszystko co zdatne do jedzenia należy do niego i ma prawo brać to, zapominając o fakcie zapłaty. Potem skargi i rzucanie się do mnie. Z płaszczem pod pachą, lekko rozpiętą koszulą i zadowolonym wyrazem twarzy ruszyłem przed siebie, kompletnie ignorując nawoływania załogi. Przecież wiedzieli, co mieli zrobić i gdzie się udać po skończonej robocie. Kasę też im zostawiłem... chyba. Jak nie, to później bym podrzucił strażnikom. Na razie chciałem odpocząć od ciągłego bredzenia o mojej przesądzonej przyszłości. Najprawdopodobniej to była ostatnia wolna podróż w moim życiu, w końcu nikt mi nie powiedział, co to za ważniaczka miała zostać moją żoną. Wiadomo mi tylko, iż pochodzi ona z jakiejś ważnej rodziny. Nie wiem, nie słuchałem zbytnio tych wszystkich doradców, moich sióstr i lady Tenebris. Tylko marnowali mój cenny czas, od małego byłem świadomy czekającego mnie losu. Przyznaję, w kwestii zawierania związków małżeńskich zazdrościłem najniższym klasom społecznym, oni przynajmniej mogli pobierać się z miłości, wcześniej znając swoją drugą połówkę. A ja? „Zostałeś wybrany na małżonka dziedziczki Laosu.”- tyle. Żadnego „chciałbyś”, „zgadzasz się”! Fakt dokonany, klamka zapadła, koniec gry. Zatrzymałem się przy jednym ze stoisk, na które już czaił się Chief. Kupiłem mu spory kosz jabłek. A co tam! Niech się cieszy! Prawdę powiedziawszy nie wiem, ile zajął mi spacer. Zorientowałem się, że jestem nie tam, gdzie trzeba, dopiero po wkroczeniu na tereny wolne od ludzi. Tak zwany las, choć nieco inny, niż te w Dest. Tu roślinność wydawała się strasznie delikatna, wrażliwa na uszkodzenia. Wkroczyłem w głuszę, zapominając o wszystkim innym. Wydawał się znajomy. Bardzo prawdopodobne, że tu bywałem. W końcu okolica bliska włościom babki. Ród Tevo wybił się na bogactwach morskich, nie tylko w postaci owoców, ale też kosztowności wyrabianych z pereł. Idąc przed siebie powinienem dotrzeć do właściwej ścieżki. Przynajmniej tak mi się wydawało. Jednak człowiek stary, już nie te lata, nie ta pamięć... Zagapiłem się i prawie uderzyłem głową o gałąź. Uchyliłem się od tego, wtedy też mignęła mi jasna postać. Duch to to nie był, gwarantuję. Nakazałem więc ogierowi wrócić do portu, skubaniec mnie zrozumiał, sam zaś ruszyłem za ową dziwną istotą. Całe szczęście, że miałem długie nogi, przynajmniej mogłem biegać szybciej od większości osób. Przeskoczyłem nad sporym kamieniem, dostając liściem w twarz. Ale! Udało mi się dogonić... dziewczynę?
― Hej, hej! Jasnowłosa nimfo, zaczekaj!
﹙NIFENYE?﹚

sobota, 3 czerwca 2017

Cykl życia i śmierci pozostaje niezmieniony...

"Cykl życia i śmierci pozostaje niezmieniony. My trwamy nadal, oni giną w czeluściach zapomnienia..."

 
Korra10 | moonwilczycaksiezyca@gmail.com